* * * 2011-06-22
rozpoczęłam urlop z hukiem :) ale dosłownie. drugiego dnia urlopu radośnie pojechałam do stadniny na łono natury, jazda w zastępie, w terenie, łąki, kwiaty, rzeka, ptaki, drzewa, pełny galop-jakieś 30km/h...drzewa...galop. Cóż, koń na którym jeżdżę, to spore bydle, do tego mocno wybija. nie zareagował na komendę przez co w pełnym galopie przyrżnęłam głową w gałąź. zobaczyłam wszystkie gwiazdy, ale utrzymałam się w siodle ;) powoli wróciłam do stadniny, dekolt cały rozorany gałęziami, ramię też, zsiadłam z konia no i powoli zaczęłam zbierać się do domu. ale w samochodzie poczułam się słabo, więc zjechałam na pobocze, szybki telefon na pogotowie, nie wiedziałam gdzie jest najbliższy SOR. pomyślałam, że pojadę zbadać się, tak na wszelki wypadek. wszelki wypadek okazał się być skręceniem kręgosłupa w odcinku szyjnym i zaleceniem pomykania w kołnierzu przez 2 tygodnie. to się nazywa rozpocząć urlop z hukiem ;)
skomentuj (6)* * * 2011-06-13
urlop!!!!
nareszcie! ostatnie 3 miesiące to był jakiś obłęd. ciągła gonitwa. apogeum miało miejsce wczoraj. na nogach byłam już o 7.30. do domu wróciłam przed 23. już miesiąc temu wiedziałam, że tak będzie, ale kiedy kierownictwo "zaproponowało" nam, żebyśmy cześć pracy wykonali charytatywnie...ojjj. na szczęście dostaniemy kasę za wszystko. grzecznie uprzedziliśmy górę, że jaka płaca, taka praca, bo wszystko działa w obie strony. to tyle o pracy i przez najbliższy miesiąc nie wracam do tematu (tak tak...miesiąc, a właściwie ponad miesiąc. ciężko pracowałam w niedziele, kiedyś trzeba to odebrać :D )
z Szymonem wszystko układa się cudownie. oboje umiemy rozmawiać o wszystkim, dyskutować, a czasami wręcz wałkować pewne tematy. nigdy nie lubiłam niedomówień, półsłówek, domysłów. w końcu poznałam kogoś, kogo prawda walona prosto z mostu nie zwala z nóg. nie muszę gryźć się w język. czuję się bezpieczna, spełniona. wiem, że w trudnych chwilach mogę liczyć na wsparcie. wiem, że kiedy mam gorszy dzień, mogę najzwyczajniej w świecie przytulić się i wypłakać na ramieniu. oboje przyłapaliśmy się na przenoszeniu naszej przeszłości do teraźniejszości. i co? i siedliśmy i zaczęliśmy o tym rozmawiać. oboje potrafimy przyznawać się do błędów, nie wybielamy się przed sobą. jesteśmy tylko ludźmi. zakochanymi w sobie ludźmi... :)
poza tym, skończyłam psychoterapię. pół roku. ale jakie efekty!!! ostatnie podsumowanie, refleksje. zastanawiałam się nad tym, kiedy osiągnęłam punkt przełomowy. moja pani psycholog powiedziała mi coś tak cholernie banalnego, że aż nie mogę w to uwierzyć. wspominałam jej, że boję się ryzykować, boję się wejść w związek, bo mam takie a nie inne doświadczenia. a ona wtedy zapytała mnie czy ktoś, kto nie ma takich doświadczeń nie ryzykuje? przecież ryzyko istnieje zawsze. to był przełom. wiem, że czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy, ale mam wyznaczony kierunek, mam cel, mam swoje życie :)
skomentuj (1)*** 2011-05-06
kiedy tu ostatnio byłam... w cholerę czasu. życie płynie spokojnym rytmem. mam swoją bajkę i intensywnie pracuję nad tym by była piękną rzeczywistością. poznałam mężczyznę, który stał się częścią mojego świata. nie powiem że go dopełnił. nie. od kilku miesięcy czułam się pełna. spełniona. zadowolona z tego co mnie otacza. kwestia leków? może... a może raczej to, że zaczęłam inaczej patrzeć na to co mnie otacza. kreuję swoją rzeczywistość. myśli stają się rzeczywistością. coś niespokojnie, radośnie drga w sercu...myśli krążą wokół jednej osoby. jest pięknie :D
skomentuj (5)[+++] 2011-04-18
powoli odkopuję się ze stosu bagaży. w płytach znalazłam coś pięknego, o czym dawno zapomniałam. płytę, którą w kilka osób nagraliśmy na studiach. płytę z muzyką gruzińską. jakież to są niesamowite dźwięki. płynnie przechodzą w siebie, przelewają się. jeden utwór rozpoczyna się improwizacją wokalną. pamiętam, że miałyśmy z tym straszny problem. koordynatorka projektu zgasiła w sali światło, zagrała kilka dźwięków i powiedziała "zacznijcie, kiedy będziecie gotowe". to było ok. 5 lat temu. a ja wciąż mam ciarki na samo wspomnienie :)
skomentuj (3)[+++] 2011-04-14
jutro przeprowadzka, dzisiaj jadę odebrać klucze, zabieram część rzeczy ze sobą, mam nadzieję, że dziewczyny pozwolą mi wrzucić graty do pokoju. czytam pożyczoną od Szymona filozofię kaizen, filozofię małych kroków. rewolucję mam już za sobą. teraz czas iść powoli do przodu.
w pracy wszystko działa na podkręconych obrotach i nie wiem gdzie wsadzić ręce. ostatnie przygotowania, w sobotę deadline (tak to się chyba nazywa w wielkich korporacjach ;D). obawiam się, że nawet nie będę miała siły świętować. ciężki tydzień. no ale nic to. czas jechać :)
skomentuj (1)